poniedziałek, 09 lutego 2009
bez nastroju
Dziś wyjątkowo nie mogę wyjść z doła. Śmieszne jest to, że nie ma specjalnego powodu do mini depreszki, a ona zwyczajnie jest. Chyba w związku z tym daruję Wam moje wynurzenia. Pa!
niedziela, 08 lutego 2009
Potrójnie zgubiony śrubokręt
Jak nie urok to... przemarsz wojsk! Tak mniej więcej godzinę temu zatytułowałam dzisiejszy wpis. Ale cóż kliknęłam gdzieś niechcący, chcąc upiększyć tekst i wcięło - to jest ten pierwszy raz kiedy zginął śrubokręt:). Chodzi o to, że nie miałam udanego poprzedniego tygodnia, jak już do wtorku uporałam się z formalnościami związanymi z samochodzikiem, to w środę dopadło mnie gigantyczne przeziębienie. Do dziś byłam prawie nieprzytomna, a dziś za to mam potężną migrenę! Lekarze kłamią, że ma migrena związek z tym że jest się grubasem (ups!) ale ja im nie wierzę w te głupie brednie - jak inaczej można oddalić taką motywację do kolejnego odchudzanka? Dla równowagi zacytuję słynny "Dziennik żarłoka": 25 stycznia 2002 r., piątek Przestałam się odchudzać! (a więc, obecnie nie jest to pierwszy raz!) To już dawno przestało mieć swój sens... Co mnie, kurczę, zmusiło do wielokrotnego łamania tej obietnicy? 26 stycznia 2002 r., sobota Wczoraj znalazłam długo szukany śrubokręt i potem znów mi gdzieś przepadł. Gdzie go mogłam wsadzić? No drodzy czytelnicy. Nawet ci wykształceni psychologicznie lub socjologicznie - niech mi ktoś powie O CO CHODZI Z TYM ŚRUBOKRĘTEM???
wtorek, 03 lutego 2009
wykopaliska
Jest piękny, brązowy, niewielki, twardy... znaczy się w twardej oprawie ten notes. Podpisany: "Dziennik żarłoka" i pochodzi z 28 listopada 2000 roku! Zawiera wiele wzniosłych myśli i zdań, postanowień i uwag. Naprawdę! Dla przykładu: "... racjonalnie się odżywiać, nie być głodną i schudnąć trwale do 75 kg." - tyleż głębokie co absurdalne! Albo: ...gdybym chciała chudnąć 1 kg na 2 tygodnie to zamierzoną wagę otrzymam - 25 kg x 2 tygodnie - po 50 tygodniach, 13 listopada 2001 r. we wtorek!" Cudnie, te żmudne obliczenia musiały mnie tak zmęczyć, że pochłonęłam tego dnia aż 2211 kalorii:) To już mistrzostwo świata: "1 grudnia 2000 roku (wyjątkowo zły dzionek) Kawa słodzona obficie, 2 kajzerki z masłem, wędzony łosoś, sok z marchwi, ryba smażona z warzywami, 3 ptysie, kawałek makowca, 150 g nalewki, lampka wina, banan, zupa pomidorowa z makaronem, placki z cukinii, kurczak, ogórki kwaszone - pierwszy od lat tak silny atak woreczka żółciowego" Ciekawe dlaczego. I skąd ta dieta??? Przecież mogła mnie zabić. Na jakie niebezpieczeństwa narażałam się i w imię czego pytam? Może ktoś pomoże mi to zrozumieć? Pomocy!!!
poniedziałek, 02 lutego 2009
przeprosiny
Bardzo Was wszystkich przepraszam za nieregularne wpisy, ale dzieje się dużo różnych akcji, wydarzeń i tym podobnych i nie mam możliwości, aby usiąść spokojnie, nie nerwowo zastanowić się nad odpowiednią dawką i jej zawartością. Otóż w czwartek podły i niewdzięczny konsul odmówił mi wizy do Tej "fspaniałej Jameryki", nigdy bym się tam nie wybrała, gdyby moja jedyna (pozostali to synkowie) córka nie brała tam ślubu. A ten bezduszny gad zwyczajnie i abstrakcyjnie - odmówił! Następnego dnia, gdy przejeżdżałam w drodze do pracy obok ambasady, to tak mi adrenalina skoczyła, że Bogu ducha winnemu kierowcy renówki wjechałam w d...ę. Nic się nie stało, a jestem mądrzejsza o procedury towarzyszące demontażowi ulubionego autka czyli popularnie mówiąc - kasacji. W sobotę przybył do naszego 35-metrowego apartamentu pewien młody australijczyk i zostanie na 5 miesięcy. Mam teraz w domu dwa duże, gadające po angielsku basy, które wszystko swoim gadaniem wprawiają w drgania. Ale jest z tego jakiś pożytek, bo dziś po raz pierwszy w życiu powiedziałam całe zdanie po angielsku i jestem z tego powodu dumna jak paw. W niedzielę odwiedziłam swojego wnuka, za którym stęskniłam się okropnie, no i wreszcie mogłam się wyluzować. Dziś wyrejestrowałam samochód, a i tak chodzę po świecie zdumiona, że samochód już nie stoi pod domem. No i z tego wszystkiego nie napisałam Wam nic o moich znaleziskach! A są nieziemskie. Nie wiem kto mnie do tego zmusił, ale tworzyłam dzienniczek żarłoka! Naprawdę. Spisywałam co zjadłam, ile ważyłam co zamierzam i za ile kilogramów. Ale o tym następnym razem dobrze? Nie zamierzam bowiem ponosić odpowiedzialności za Wasze kolki śmiechowe, Pozdrawiam cieplutko i do napisania
czwartek, 29 stycznia 2009
sukces?
Był taki jeden. Sukces, oczywiście! Kierowana przedziwną motywacją, po rozstaniu z mężem "właśnie dziś odchodzę do mamusi", w najgorszym momencie mojego życia, tonąca w długach, z groźbą eksmisji na karku, z trójką małoletnich dzieci - ja postanowiłam schudnąć! Do dziś dnia nie mam pojęcia co mną kierowało - gdybym wiedziała, to nie pisałabym o straszliwych konsekwencjach bycia grubą, tylko delektowała się życiem. Tymczasem, powodowana sama nie wiem czym, schudłam na pewnej diecie (nie wiem na pewno, ale chyba nie piszemy tu nazw?) 16 kilogramów w dwa i pół miesiąca. Czułam się świetnie, wyglądałam chyba nieźle, dobiegałam 3 metry do tramwaju bez zadyszki! Tyle, że nic z tego nie wynikło. Samo schudnięcie niestety nie załatwiło za mnie wszystkich nie cierpiących zwłoki spraw, nie podpowiedziało co i jak mam robić. A w żołądku ssało przy najmniejszym stresiku. Trzy lata zajęło mi wrócenie do dawnej wagi i tak się trzymam do dziś. Trzy razy nie! dla takich "sukcesów"! Ale nie martwcie się! Może jestem gruba, ale mam dalej dach nad głową, dzieciaki już podorastały, najgorsze długi pospłacane. Zaczynam wreszcie cieszyć się życiem. Nawet czasami pokuszę się o jakieś malutkie marzenie. Więc wszystko OK!
środa, 28 stycznia 2009
dlaczego dorosłość?
No właśnie, na razie nic nie wskazuje na żadną dorosłość! Ale tak naprawdę do pewnych decyzji trzeba dorosnąć. I ja stwierdzam autorytatywnie i tonem nie znoszącym sprzeciwu, że: właśnie dorosłam do decyzji o rozstaniu z odchudzaniem! Ileż godzin straciłam bezpowrotnie i bezproduktywnie zajmując się tym niewdzięcznym tematem. Ileż baterii w super elektronicznej wadze nazmieniałam. Ileż nieprzespanych nocy zaliczyłam z powodu poczucia winy, że zeżarłam za dużo. Ileż razy zatruwałam spokój rodzinie, znajomym i przyjaciołom swoim wielkim problemem (tu jestem usprawiedliwiona, bo sami się prosili). Ileż pieniędzy wydałam na durne bardziej lub mniej diety, suplementy, wspomagadzacze (sama to wymyśliłam i chyba opatentuję). Ileż... Ileż... Ileż... Zmarnowany kawał życia. Teraz uzbrajam się w procę i będę strzelać do każdego, kto zechce choćby napomknąć o konieczności odchudzania w stosunku do mojej osoby.
sobota, 24 stycznia 2009
motywacja wnuka
Owszem mam na razie jednego wnuka, za chwile pojawią się dwa następne, prawie bliźniaki, ale ja nie o tym. Otóz mój wnuczek odwiedza mnie dosyć często ku naszej obopólnej radości. Żadna gimnastyka nie spala tyle tkanki tłuszczowej co zabawa z wnuczkiem ukochanej babci. Nawet niedawno zauważyłam u siebie nieznaczny spadek wagi. Aż tu pewnego dnia, podczas zabawy upuściłam małą przełączkę, niezbędną do włączenia bajki na moim archaicznym sprzęcie telewizyjnym. Musiałam uklęknąć na podłodze i skłonić w celu odszukania niewdzięcznej przełączki. Wnusio kochany znalazł się po "nieodpowiedniej" stronie babci i z ogromnym zaskoczeniem w głosie rzekł: "Babciu! Jaką Ty masz wielką pupę!". Rozumiecie, że potrzebny był podnośnik w celu ustawienia mnie do pionu. Jak już minął mi atak śmiechu, przyszła refleksja - jak można dziecko narażać na takie widoki, toż to może doprowadzić do traumy! Wobec tego postanowiłam stanowczo "nigdy więcej nie wypnę się na wnuczka!" Dziś też przychodzi, więc muszę pamiętać o moim postanowieniu.
piątek, 23 stycznia 2009
coś na, mam nadzieję dobry początek
Zmuszona do tego niedwuznacznie przez własne potomstwo, zebrałam się na odwagę i oto jestem! Zamierzam w tym miejscu umieszczać te wszystkie myśli i opisy wydarzeń, których do tej pory jeszcze nie udało mi się opublikować, a trzeba wam wiedzieć, że nie opublikowałam do tej pory nic, poza książeczką jubileuszową dla mojego ukochanego i zwariowanego brata. Niestety, zamierzam pisać tu przede wszystkim o moich zmaganiach z nadwagą - to jest fascynujące i baaaardzo śmieszne, naprawdę! Mówię Wam! Wszystko można podciągnąć pod przyczynę zerwania obiecującej diety. Każde wydarzenie może byś powodem porażki w żmudnym procesie odchudzania. A jacy pomocni są bliscy! Skorzystają z każdej nadarzającej się okazji, aby Cię zmotywować - jednocześnie dokopując niemiłosiernie. Samo życie, nie? Tak naprawdę po tych wszystkich cudownych dietach, ćwiczeniach woli i gimastycznych, po przetestowaniu parokrotnie efektu "jo-jo" oświadczam uroczyście, że rzucam to w diabły! Tak rozgłaszam to wszem i wobec - i jaki efekt? - Koleżanka z pacy: "Może byśmy razem zaczęły wspaniałą dietę (tu następuje uczona nazwa) i tak pilnowały się nawzajem?" - Zrozumiała co? - Moja własna, rodzona matka: " No to na ślub swojej córki chyba zrzucisz parę kilo, prawda, tym bardziej, że wystarczy tylko..." - Cóż za wsparcie! - Lekarz ortopeda: "Co mogę pani powiedzieć, musi pani zwalić wagę!" - Tu nie wytrzymałam i odpowiedziałam, że właśnie zwaliłam! Z ósmego piętra poleciała zaraza i rozbiła się na drobne kilogramki! Do głowy tym wszystkim życzliwym nie przychodzi, że po 35 latach - masy wdzięku nabrałam już na początku szkoły średniej - ciągłych porażek, nie chce mi się NIC robić. No to cóż! Oni niech gadają, a ja w ramach samodzielnie wymyślonej terapii zrzucę wszystko na Was, Drodzy Czytelnicy! Życzę Wam z całego serca POWODZENIA!
|
|